Super Bohater


Dziś nie moje słowa, ale Papieża Franciszka. Bardzo poruszył mnie ten tekst. To nie są tylko słowa ot tak wypowiedziane. Dla mnie istotne i ważne. O Kościele zranionym, poszukującym, w której dusz-pasterze szukają innych tylko wtedy, gdy sami dają się odnaleźć Chrystusowi.

Jezus zapytał Piotra o jego miłość i nalegał na niego, aby mógł udzielić odpowiedzi realistycznej: „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham” (J 21, 17). W ten sposób Jezus utwierdza go w misji. W ten sposób staje się on ostatecznie Jego apostołem.

Cóż umacnia Piotra jako apostoła? Co nas podtrzymuje jako apostołów? Tylko jedno: „Dostąpiliśmy miłosierdzia” (1 Tm 1, 12-16). Pośród naszych grzechów, ograniczeń, bied, pośród naszych rozlicznych upadków Jezus Chrystus zobaczył nas, zbliżył się, podał nam rękę i okazał nam miłosierdzie. Każdy z nas może wspomnieć, kiedy Pan go zobaczył, spojrzał na niego, zbliżył się i okazał mu miłosierdzie.

Nie jesteśmy tutaj dlatego, że jesteśmy lepsi od innych. Nie jesteśmy superbohaterami, którzy z wyżyn zniżają się na spotkanie ze „śmiertelnikami”. Zostaliśmy raczej posłani ze świadomością bycia mężczyznami i kobietami, którym wybaczono. I to jest źródłem naszej radości.

Jesteśmy konsekrowanymi i duszpasterzami na podobieństwo Jezusa zranionego, zmarłego i zmartwychwstałego. Osoba konsekrowana to ta, która znajduje w swych własnych ranach znaki Zmartwychwstania. Która potrafi zobaczyć w ranach świata moc Zmartwychwstania. Która, jak Jezus, nie wychodzi na spotkanie swych braci z wyrzutami i potępieniem.

Jezus Chrystus nie ukazuje się swoim uczniom bez ran; to właśnie na widok Jego ran Tomasz może wyznać wiarę. Jesteśmy wezwani, aby nie zacierać ani nie ukrywać swych ran. Kościół z ranami jest w stanie zrozumieć rany dzisiejszego świata i utożsamiać się z nimi, cierpieć je, towarzyszyć im i próbować leczyć je. Kościół z ranami nie stawia się w centrum, nie uważa się za doskonały, ale stawia tam Jedynego, który może leczyć rany i który nazywa się Jezus Chrystus.

Świadomość posiadania ran nas wyzwala; co więcej – uwalnia nas od stawania się punktem odniesienia dla samych siebie, uważania się za najdoskonalszych. W Jezusie nasze rany zmartwychwstają. Czynią nas solidarnymi; pomagają nam obalać mury, które zamykają nas w działalności elitarnej, aby pobudzić nas do budowania mostów i do wychodzenia naprzeciw tak wielu spragnionym tej samej miłości miłosiernej, którą tylko Chrystus może nam ofiarować.

Lud Boży nie oczekuje ani nie potrzebuje superbohaterów, czeka na duszpasterzy, osoby konsekrowane, które potrafią współczuć, potrafią wziąć za rękę, zatrzymać się przy tym, kto upadł i – podobnie, jak Jezus – pomagają wyjść z tego błędnego koła „przeżuwania” rozpaczy, które zatruwa duszę.

Chcemy na nowo powiedzieć swoje „tak”, ale realistyczne, gdyż opiera się na spojrzeniu Jezusa. Zachęcam was, abyście po powrocie do swych domów przygotowali w waszym sercu swego rodzaju testament duchowy, na wzór kard. Raúla Silvy Rodrigueza. Jest to piękna modlitwa, rozpoczynająca się od słów:

Kościół, który kocham, jest Świętym Kościołem wszystkich dni, twoim, moim, Świętym Kościołem przez wszystkie dni… Jezus Chrystus, Ewangelia, chleb, Eucharystia, Ciało Chrystusa pokornego każdego dnia z obliczem ubogich oraz z obliczem mężczyzn i kobiet, którzy śpiewali, walczyli, cierpieli. Święty Kościół wszystkich dni.
Jaki jest Kościół, który kochasz? Czy kochasz ten Kościół zraniony, który znajduje życie w ranach Jezusa?

Żłób


Niezwykłe były te dni. Każdy z nas czegoś oczekiwał od tego czasu. Pojawiają się jednak takie momenty, które zaskakują i każdy nasz pomysł bierze „w łeb”. Takim zaskoczeniem może być kazanie do dzieci. Lubię tę wspólną twórczość, w której może się każdy odnaleźć.
O chociażby taka historia sprzed kilku lat:
Do kazań do dzieci nie można przygotować się tak po prostu od początku do końca. Po co zresztą. Początek ma być a potem nurt cię poniesie. Ważne, żeby słuchać.
Zapytałem moje bejbusie, kim chciałyby być w szopce? Różne były odpowiedzi: że Maryją, Józefem, owcą nr 5, nawet ktoś chciał być wołem a ktoś chociaż osiołkiem 🙂
W ostatnim momencie jedno z dzieci podniosło rączkę i z zupełnie poważną miną odrzekło, że chce być…żłóbkiem…

O! Nieźle, pomyślałem.
A dlaczego? – zapytałem.
Maryja i wszystkie postacie są obok, a ten żłóbek to Pana Jezusa ciągle trzyma i obejmuje i ja tak chcę.

Mądrość dzieci. Być chociaż żłobem. To wystarczy.

Czekanie

Wciąż czekam, wciąż.
Adwent ma w sobie jakąś ogromną pomoc w drodze. Jeśli mam czekać to twórczo. A to mi się kojarzy raczej z pójściem, byciem w drodze. Jaki jest Twój życiowy Adwent? A może raczej powinienem zapytać czy ten życiowy Adwent to od jakiegoś czasu nieżyciowy, taki jakiś. Ciągle mam od siebie wymagać, być aktywnym. Jak mi się nie chce czasem, zwykle. W tych ostatnich dniach czytania opisują spotkanie. Czy czekam na to spotkanie? Z Nim? TAK.

–nie chciałbym, aby to oczekiwanie było jakąś imitacją, zwykłą, choć udekorowaną emocjami, stratą czasu. To strasznie trudny wniosek dla mnie w tych ostatnich dniach.

I drugie pytanie: w jaki sposób czekam i dążę (z założonymi rękoma się nie da)? Można w dążeniu do celu, nawet w dążeniu do prawdziwego spotkania, pominąć po drodze człowieka. I tego nienarodzonego, i tego, którego zobaczysz w drodze. Przechodzisz obok czy go spotykasz?
W końcu idę z nim finalnie razem do tego samego miejsca. Idę. Krok po kroku. Te kroki przez najbliższe dni pokaże małe Dziecko. Uff. Nie będzie łatwo

Wziąć Boga na ręce

https://www.youtube.com/watch?v=7JWpcB9YPuc

Jest taki suchar:
– Puk, puk!
– Kto tam?
– Marry!
– Marry, jaka Marry?
– Marry Christmas

Nie wiem, czy jest aż taki zabawny. Mnie cieszy niezmiennie od wielu lat. Szczególnie pośród już pełnych świąt szkół, sklepów, urzędów, itd. Zabawne, że zapraszamy z pompą Jezusa do naszych miejsc pracy, a gdy przyjdzie do domu, to lepiej niech zajmie miejsce puste przy stole. Przyjdzie i pójdzie. Pięknie o tym mówi znakomity polski film „Cicha noc”, który od niedawna gości w kinach.
Czy w tych światełkach można się zagubić. Raczej nie. Jeśli jesteś zanurzony w wierze, to nie powinno za b przeszkadzać. Może drażnić, ale to dobrze. Odkryjesz w sobie postawę Heroda, który na samą myśl o radości przyjścia Mesjasza przygotował inne fajerwerki.
Powoli wchodzimy w ten czas świąteczny, który jest rzeczywistym wyznaniem wiary we Wcielenie Jezusa, a nie tandetnym tuleniem bobasa. Bierzemy Boga na ręce i musimy sobie zdawać sprawę, że te same ręce go przybiją swoim grzechem.
Nie zmarnuj Adwentu, naprawdę warto odżyć pośród tej naszej polskiej gonitwy. Zatrzymaj się. Nie przegap tego, co najważniejsze.
Dasz radę.
Hop!

Setnik(t), czyli Perfekcyjny Pan domu

Zmiany to postęp,
wiele zmian to perfekcja
W. Churchill

Słowo ZMIANA nie jest popularnym. Wręcz może się skojarzyć z czymś, co nagle ma zapoczątkować coś zupełnie przez nas nieoczekiwane. W końcu wolimy, jak wokół nas wszystko jest nazbyt klarowne, jasne i przejrzyste.
Adwent, który rozpoczęliśmy, jest niezwykłym czasem. W tym roku jest bardzo krótki. Pierwszym pytaniem, jakie sobie zadałem, było te, czy ja zdążę z nawróceniem. Przecież zwykle potrzebuję jakiejś warstwy czasowej. A potem doszła do moich uszu dzisiejsza Ewangelia. Właściwie jedno zdanie. Mowa o słudze setnika, który był SPARALIŻOWANY. Trudno o nawrócenie, skoro jestem nieruchomy. Setnik podpowiada dziś, że wystarczy tylko słowo, nawet najmniejsze. Tyle Panu Bogu wystarczy. Powiedz Słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja – -zdanie, które wypowiadamy przed udzieleniem Komunii św. Obdarzamy się nawzajem wszyscy tym Słowem. To jest ten moment Eucharystii, w którym dla drugiego przynosimy dar. Mówimy mu: popatrz to Słowo zamieszkało między nami, On-Słowo już tu jest. I wyzwala z paraliżu, niemożności wykonania jakiegoś ruchu. Jak wielu z nas wtedy patrzy w podłogę, zamiast w stronę ołtarza. Jestem przekonany, że Setnik patrzył Jezusowi prosto w twarz, kiedy dziękował za uzdrowienie. Najpierw padł do nóg, tak jak my często padamy, kiedy coś/kogoś tracimy. Każdy z nas zna taki paraliż, niemożność podjęcia jakiegokolwiek zadania. Opadamy z sił. Setnik powstał, bo chciał zmiany. Zobaczył, że ta zmiana dotknie nawet jego, tylko początek musi być w kimś innym. A właściwie w tym, co robi – w służeniu, byciu gotowym „dla” drugiego.

To prawdziwa perfekcja.
Taki perfekcyjny Pan domu.

Advent-ure

Im bardziej postępuje kolejny dzień, coraz krótszy, ciemniejszy, tym częściej przekonuję się jak ciężko jest wstać rano.
Czy zauważyliście, że łóżko o poranku posiada własną grawitację? Trudno ją pokonać. Ciepło poduszki, niezwykła przytulność kołderki powoduje we mnie pobór lenistwa, „nicnierobienia”, spauzowania. Jakie to łatwe.

I tu pojawia się nowa przygoda – adventure. Adwent to proste oczekiwanie. Stęsknienie, które może przerodzić się w jakże niezwykłe wykrzyknięcie MaranTha, Przyjdź, Panie Jezu!
Hmm, do czego ma przyjść? Dziś Ewangelia podpowiada, że to nie On ma przyjść. On zabiera nas w podróż, niezwykłą, każe wszystko zostawić innym. Tak jakbyśmy mieli zabrać tylko to, co najważniejsze. Dziś jeszcze nie wiem, co jest dla mnie najważniejsze. Nie potrafię powiedzieć. Nie smucę się. Po to jest adwent; to taka advent-ure z Bogiem, który rusz w drogę.
Chciałbym pójść, mam wiele oporów, bo kołderka moich zaniedbań wydaje się cieplejsza, mami i usypia. Dlatego niezwykłe jest to dla mnie słowo: CZUWAJ. To zawołanie znane wielu harcerzom. Wzywa, posyła, budzi szacunek. Chcę czuwać.
Powoli, bardzo powoli. Bez pośpiechu. Ale z Nim.

Żar

O dniu szczęśliwy, o dniu błogosławiony,
W którym serce moje zapłonie ku Tobie wiecznym żarem,
Bo już Cię teraz wyczuwam, choć przez zasłony,
Tyś mi, o Jezu, w życiu i śmierci zachwytem i czarem.

Dzienniczek, św. Faustyna

Nigdy się nie poddawaj, patrz do przodu, ku Niemu.
Piątkowo:

 

Przejdź do paska narzędzi